Drugi zimowy biwak – magia ognia

Za nami pierwszy prawdziwy zimowy biwak. Zima co prawda w tym roku licha jak barszcz z proszku, ale tak czy inaczej mamy zimę i warunki do spania pod namiotem do komfortowych nie należą. Do takich przedsięwzięć trzeba się odpowiednio przygotować. Pierwszą sprawą jest odpowiedni sprzęt tj. porządne śpiwory. Druga kwestia jest zdecydowanie trudniejsza, czyli wiedza jak przygotować, rozpalić i utrzymać ognisko. O naszych zdolnościach pisaliśmy ostatnio, ale tym razem nie musieliśmy się o nic martwić, bo do drużyny na tą okazję dołączył Mag Ognia.

Rozgrzewka przed zimowym biwakiem

Ogień mnie fascynuje, z wielu powodów – o magii ognia mówiłam już tutaj – chcę go coraz lepiej poznawać i panować nad nim. By było to możliwe nie wystarczą same chęci i ognisty zapał, ale niezbędna jest wiedza. No i tutaj ja dopiero raczkuję, Marek radzi sobie znacznie lepiej (gdyby nie on, to poprzednio nie byłoby ani płomyczka i kolacja na zimowym biwaku byłaby na zimno), ale trzeba nam jeszcze sporo praktyki. I drugi zimowy biwak był doskonałą okazją, by nieco jej nabrać.

Rzecz jasna, aby wieczorem wszystko zapłonęło jak należy, niezbędna jest rozgrzewka. I tą rozgrzewkę zapewnił trzynasto-kilometrowy spacer po Kampinosie, na który wybraliśmy się we trójkę – my i szanowny kolega Psychocki (www.instagram.com/psychocki – marsz rzucić okiem na bardzo klimatyczne, leśne i biwakowe zdjęcia). Trasa objęła odcinki trzech szlaków pieszych w Puszczy Kampinoskiej. Pierwszy odcinek był żółtym Szlakiem Borowym, potem czerwonym przez Obszar Ochrony Ścisłej „Krzywa Góra” mijając Dąb Kobendzy, nazwany tak na cześć Romana Kobendzy, który swoją pracą i zaangażowaniem w ochronę Puszczy przyczynił się do utworzenia Kampinoskiego Parku Narodowego. Trasę zamknął odcinek pokonany Północnym Szlakiem Leśnym im. Teofila Lenartowicza.

Kampinoskie szlaki – leśne włóczęgostwo na otwarcie biwaku

Kampinos przywitał nas gęstą mgłą i jeszcze widocznymi resztkami śniegu. Opuszczony dom na początku czerwonego szlaku w takiej scenerii stworzyły bardzo fajny klimat spaceru. Po drodze dostrzegliśmy wiele śladów zwierząt. W tym oczywiście największe odciski łosi, sporo przecinających szlaki odcisków jeleni, mniej tropów saren i dzików. Widzieliśmy też ślady łap być może należące do wilka. Ale bezsprzecznym dowodem obecności tegoż gdzieś w okolicy były wielkie i pełne sierści wilcze odchody, które widywaliśmy co chwilę na szlaku. Zwierz niestety nie pokazał się żaden. Ptaki też nie dopisały. Najciekawszą obserwacją było stadko sikorek czubatek. Gdzieś po drodze towarzyszyły nam także diabelskie chichoty dzięcioła zielonego, który jednak nie zdecydował się pokazać.

Wędrówka spełniła swoje rozgrzewające zadanie, trzeba było zatem udać się na planowane miejsce naszego biwakowania. Trochę zmodyfikowaliśmy nasz pierwotny plan ze względu na silny wiatr i wycofaliśmy się z otwartej przestrzeni w bardziej zakrzaczone miejsce. Na szybko rozbiliśmy obóz i przyszła pora na przygotowania do wieczoru przy ognisku. I tu na scenę wkracza człowiek, który i z mokrego napali ogień jak się patrzy.

Przygotowanie drewna – arkany magii ognia

O tej porze roku znalezienie i zgromadzenie suchego drewna nie zawsze jest bezproblemowe, szczególnie po dwóch dniach deszczu. Poprzednim razem właśnie zbyt mokre drewno mocno ograniczyło nasze ogniskowe zapędy. Teraz od strony organizacyjnej za przygotowanie ogniska odpowiadał ktoś o wiele bardziej doświadczony, to i poszło o wiele lepiej.

Nie od razu, ale mimo wszystko udało się znaleźć spory kawał suchego drewna. Z suchym drobiazgiem typu wysokie trawy nie było problemu. Problem miałam, a jakże, ja. Dostałam za zadanie nazbieranie suchych gałązek. Nie, nie nadają się te, które już odpadły i leżą na ziemi. Nie, nie nadają się takie, które stawiają jakikolwiek opór przy próbie odłamania. Najlepiej nadają się te suche gałązki drzewa, które odrywają się bez problemu; dosłownie po złapaniu w dłoń i obróceniu nadgarstka (tego właśnie się nauczyłam). Grube konary zostały błyskawicznie pocięte genialną piłą ręczną, która dosłownie przeżerała się przez drewno z każdym przeciągnięciem. Szło to nieprawdopodobnie lekko. Pierwszy raz widziałam coś takiego, ba, sama dałam radę upiłować kawałek. Materiał na ognisko został zgromadzony. Przyszedł czas na rozniecenie ognia.

Mieliśmy sposobność zobaczyć przeróżne akcesoria ułatwiające ten proces. Nawet mi udało się wykrzesać iskrę kowalskim krzesiwem (odpowiednie narzędzia to podstawa, o tym też się przekonałam). Kilka smolnych szczapek i wesoły ogień został rozpalony, tuż po płomiennym zachodzie słońca, jakim uraczyła nas tamta ognista sobota. Reszta wieczoru upłynęła w typowej ogniskowej atmosferze. Żarcie, picie, śmiechy chichy, otoczenie natury i perspektywa nocy na świeżym powietrzu; to właśnie jeden z takich sposobów spędzania czasu, kiedy nic więcej do szczęścia nie potrzeba. Tylko więcej takich dni – życzymy sobie i każdemu. Najlepszy odpoczynek dla ciała i ducha. Przy ogniu.

Magda

Leśny wędrowiec, tropiciel leśnych tajemnic, poszukiwacz nowych ścieżek i znaków od leśnych panów. W lesie najbardziej ciekawi mnie to, co kryją mroki lasu i co niewidoczne na pierwszy rzut oka. Uwielbiam wszelką twórczość inspirowaną lasem, szczególnie jego mrocznym obliczem - zwłaszcza muzykę i rysunek. W lesie odpoczywam i czuję się jak w domu.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *