Pierwszy zimowy biwak

Biwakowanie to coś, co bardzo nas połączyło. Pasja, którą Marek chciał rozwijać, a dla mnie coś, czego bardzo chciałam spróbować. Na pierwszy biwak razem wybraliśmy się w maju. Od tamtej pory sprawa biwakowania nabiera tempa, a my przekraczamy razem kolejne granice (zwłaszcza moje). Tym sposobem przekonaliśmy się, że sezon biwakowy nigdy się nie kończy – za nami właśnie pierwszy wspólny biwak zimowy.

Nasze nieco oszronione zimowe obozowisko

Biwakowanie – początki i progres

Spoglądając kilka miesięcy wstecz, trudno mi uwierzyć jak duży postęp zrobiłam w podnoszeniu sobie poprzeczki jeśli chodzi o hartowanie swojej wytrzymałości. Dopiero w lipcu pierwszy raz w życiu przeżyłam dziki biwak i ogromnie się tym emocjonowałam, wydawało mi się to czymś wielkim dla mnie. Z końcem lata podsumowywaliśmy nasze biwakowe dokonania z ubiegłego roku i stwierdziłam, że nie mogę się doczekać kolejnego sezonu. Wówczas nasz znajomy, autorytet w kwestiach biwakowania, ochrzanił nas, że przecież „sezon trwa cały rok!”. No i miał rację 😀

Marek biwakował już w każdej porze roku. Dokładnie dwa lata temu miał swój pierwszy zimowy biwak, który zrobił samotnie przy trochę niższej temperaturze (-10). Radzi sobie wystarczająco, by bezpiecznie i we względnym komforcie spędzić noc na dziko sam. Ze mną jest trudniej; moje ograniczenia i braki odbijają się na naszej wspólnej sytuacji. Cierpliwie jednak uczył mnie wiosną i latem wykonywania zadań, które mi przydzielił na nasze biwakowe wypady. No i udało się to opanować na tyle, że po rozmowach i zastanowieniu, uznaliśmy że jesteśmy w stanie nie zamykać sezonu i spróbować się razem w biwakowaniu jesienią. Tak doszło do naszej pierwszej jesiennej dzikiej nocy; wybraliśmy się pod namiot w październikową pełnię.

Sezon biwakowy trwa cały rok? A jak!

Zimowy biwak Marka przy -10 sprzed dwóch lat

O zimowym biwakowaniu myśleliśmy w kontekście przyszłego roku, chcąc do tego czasu skompletować sobie niezbędny sprzęt, który pozwoli nam spędzić noc w umiarkowanym komforcie termicznym. Nie planowaliśmy spać pod namiotem jeszcze tej zimy. Ale plany planami, a życie życiem 🙂 pojawił się pomysł zimowego biwaku w gronie ciut większym, niż nasza dwójka. Do pomysłu się oczywiście zapaliliśmy; trzeba było zatem przeprowadzić próbny zimowy biwak. Więc do roboty!

Pierwszym i największym problemem z jakim przyszło nam się zmierzyć, były braki sprzętowe. Po zasięgnięciu rady, rozeznaniu i szybkiej kalkulacji zaskórniaków wyposażyliśmy się w śpiwory zimowe. Nie mogliśmy się doczekać weekendu, aby spakować się w auto i ruszyć na zimowy biwak. Tak też uczyniliśmy po dwóch baaardzo długich dniach, spędzonych na niecierpliwym wyczekiwaniu. Ruszyliśmy biwakować w lutową pełnię księżyca.

Kolacja przy naszym małym ognisku 😀

Ogień – podstawa przetrwania na biwaku

Na miejscu musieliśmy się zmierzyć z problemem numer dwa, którego byliśmy świadomi – drewno na ognisko. Mieliśmy drewno ze sobą, ale mieliśmy wiele obaw odnośnie jego wilgotności. Ten gorszy scenariusz się sprawdził; szczapki były zbyt wilgotne, drewno nie chciało się dobrze palić. Cóż, musieliśmy się zadowolić małym ogniskiem które wystarczyło na upieczenie kiełbasy i siedzenie do 20:00, bo tylko tyle mieliśmy suchego drewna. To był już jasny sygnał dla nas, że następnym razem musimy lepiej przygotować się do kwestii rozpalania ogniska w takich warunkach.

Po kolacji przyszedł czas na ewentualny problem numer trzy, czyli obawy o ciepło. Temperatura powietrza pod lutowym srebrnym księżycem oscylowała wokół zera, także nie było źle. Marek zagotował mi na ogniu wodę do termofora, który miałam schować sobie w śpiworze. Przyszła pora opatulić się w nasze śpiwory i poczekać na sen.

Mi na początku było dość trudno. Było mi zimno w twarz, w dodatku mam w śpiworze sporo miejsca, w związku z czym przez górny otwór wpadało mi do środka zimne powietrze, sprawiając mi dyskomfort. Ciepło mi było tylko w brzuch, przy którym trzymałam termofor. Usnęłam na trochę, przebudziłam się po jakiejś godzinie; przez moment odczułam prawdziwą grozę, że oto przede mną długa i zimna noc. Przypełzłam do Marka najbliżej jak się dało i zwinęłam się w kłębek leżąc na boku, chowając się do śpiwora cała, razem z głową. I to był strzał w dziesiątkę. Resztę nocy przespałam jak dziecko pod kołderką. Żadnego dyskomfortu termicznego i naprawdę duża wygoda.

Cieplutkie zimowe śpiworki

Zimowy biwak – pierwsza noc na zewnątrz

Dla mnie tylko połowa nocy była komfortowa. Około północy przebudziłem się czując zimno na plecach. Chwila rozeznania i okazało się, że moją matę samopompującą trafił szlag.. Przyszło mi resztę nocy spędzić na „flaku”, ale nie przeszkodziło mi to twardo spać. Podobno faceci tak mają, że śpią jak kamień.

Spaliśmy oboje dobrze ponad 9 godzin. Gdyby nie powyższy mankament w postaci zepsutej maty, byłoby już naprawdę świetnie. Ja się obudziłam pierwsza; słyszałam krzyki czapli, krakanie kruków i skrzydła bijące powietrze bardzo blisko nas, czaple musiały przelatywać bardzo nisko nad naszym obozem. Usłyszałam też głośny plusk, który słyszeliśmy już wieczorem – najpewniej był to bóbr, w pobliżu były ponadgryzane drzewa. Obudziła mnie natura i wzywała, by wstać i się nią cieszyć. Nie mogę sobie wyobrazić lepszej pobudki.

Poranny gość w naszym obozie – Zimorodek

Rześka pobudka na zimowym biwaku

Obudziłam Marka, jego oczywiście dźwięki natury nie zdołały obudzić. Wyszliśmy na zewnątrz by zjeść śniadanie. I tak przy cieście drożdżowym oraz zamarzniętym na kość batoniku muesli odwiedził nas… Zimorodek! Usiadł na gałęzi nad wodą nie dalej niż 7-8 metrów od nas. Taki gość, i to z samego poranka! Byliśmy tym bardzo ucieszeni i podekscytowani. Piękny prezent od Matki Natury na początek pięknego dnia… który później z każdą chwilą stawał się tylko jeszcze bardziej magiczny. Przed nami był jak się okazało najbardziej udany foto spacer dotychczas, ale to już materiał na inną opowieść 🙂

Nasz pierwszy zimowy dziki biwak udał się świetnie. Zwieramy szyki i przygotowujemy się na kolejny, który już niebawem!

Magda

Leśny wędrowiec, tropiciel leśnych tajemnic, poszukiwacz nowych ścieżek i znaków od leśnych panów. W lesie najbardziej ciekawi mnie to, co kryją mroki lasu i co niewidoczne na pierwszy rzut oka. Uwielbiam wszelką twórczość inspirowaną lasem, szczególnie jego mrocznym obliczem - zwłaszcza muzykę i rysunek. W lesie odpoczywam i czuję się jak w domu.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *