Licho nie śpi od maja

Majowy spacer – las, wędrówka, hamakowanie i herbatka, czysty relaks. Nic prostszego. Co może pójść nie tak? Otóż, wszystko. Nasza pierwsza całodzienna wyprawa do Kampinosu poszła zupełnie niezgodnie z planem. Pozornie nie po naszej myśli – ale las wiedział za nas. Skończyła się cudownie.

Wspomnienia, które zostają z nami najdłużej, to najczęściej są te dotyczące bardzo przyjemnych niespodzianek. Wiadomo, mózg ludzki najtrwalej przechowuje w pamięci to, co wzbudziło najwięcej emocji, niezależnie dobrych czy złych. Ale jak się tak zastanowić, to najżywsze we wspomnieniach są te chwile, które były nadzwyczaj dobre naprawdę niespodziewanie. Coś takiego spotkało nas niejednokrotnie w czasie naprawdę krótkim. Ale wówczas pierwszy raz razem doświadczyliśmy absurdu, który stał się kolorowym, pozytywnym i bardzo przyjemnym wspomnieniem.

Puszcza Kampinoska – nasze miejsce

Wybraliśmy się do Puszczy Kampinoskiej, żeby trochę się poszwędać, poszukać śladów zwierząt, powisieć w hamaku i napić się herbatki z głogu i czarnego bzu, które Marek sam zbierał. Brzmi jak sielski i dość leniwy scenariusz małej wycieczki do lasu, nic skomplikowanego. Ale leśne licho nie śpi. Usłyszało.

Najpierw nie bardzo mogliśmy trafić na ścieżkę do miejsca, które Marek chciał mi pokazać. Ostatni raz był tam późną jesienią, gdy krajobraz wyglądał zupełnie inaczej niż w maju kipiącym zielenią. Kręciliśmy się trochę na oślep, kończąc w jakimś grząskim jarze, z którego musieliśmy zawracać. Kiedy w końcu udało nam się dotrzeć gdzie chcieliśmy, okazało się nagle, że nie da się spokojnie poleżeć w hamaku… jakim cudem? Węzeł, który działał zawsze, sprawdzony setki razy, nagle nie trzymał! Absurd. Dwa razy wysypaliśmy się z hamaka, w tym raz z kubkami z herbatą (przy okazji okazało się jeszcze, że zrobiona przez Marka kuksa cieknie). Och. Cóż, do trzech razy sztuka, zatem po kolejnej walce z hamakowym węzłem, naturalnie się udało.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło

Kiedy już zawiśliśmy w spokoju i chcieliśmy się cieszyć błogim lenistwem w lesie, los miał dla nas kolejną niespodziankę. Rozpadało się. Ale nie trochę; nie na chwilę. Lunęło i lało przez cały nasz trucht powrotny do samochodu. Absurd. Do auta wpadliśmy przemoczeni dosłownie do suchej nitki, ciuchy i włosy wymagały wręcz wykręcania z wody. Na szybko wytarliśmy się już nie pamiętam czym; mieliśmy też jakieś koszulki w zanadrzu, coś tam przebraliśmy. Po czym, Marek zabrał mnie pierwszy raz do siebie do domu… „zapominając” uprzedzić mnie wcześniej, że trafimy prosto w środek imprezy rodzinnej. I tak oto weszłam ja, cała zmokła, z wodą chlupiącą w butach. No wielkie wejście jak nic.

Tamtego dnia uśmiechy nie schodziły nam z twarzy; potem zaczęliśmy parskać śmiechem, a w końcu, w czasie tej ulewy, śmialiśmy się już w głos. Przygoda, niespodzianka, pokrzyżowane plany i w tym my razem – odnajdujący się bardzo dobrze ze sobą w nieprzewidzianych okolicznościach. I tak zostało.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *